Dziennik I kampanii: cz.14. Przybycie do Jerris

Mruk, troll Ksenomanta, od niedawna towarzyszący Keinowi, Venomowi, Morglumowi i Morfeuszowi z rozczarowaniem patrzył na relacje między bohaterami, których stał się kompanem. Znał wyidealizowany przez trubadurów obraz wielkich herosów, gotowych do bezinteresownych poświęceń i oddanych sobie bezgranicznie. Tymczasem na jego oczach miał miejsce powolny rozkład tego, co kiedyś było spójne i nierozerwalne. Doświadczenia z przeszłości sprawiły, że niegdyś działająca jak jeden organizm drużyna, stała się z czasem grupą skoncentrowanych na sobie indywidualistów.

Venom zmienił się bezpowrotnie po uwolnieniu od ghareez w Vivane – fizyczne rany zdołał wyleczyć, psychicznych niestety nie. Nigdy już nie miał z kompanami takiego kontaktu jak za dawnych dni. Kein osiągnął swoje cele: przyprowadził pomoc do rodzinnej Skawii i odciął się od dziedzictwa Niosących Odnowę. Stał się adeptem rozpamiętującym swe dokonania, bez wielkich motywacji i nowych, ambitnych celów. Morglum patrzył na drużynę na swój orczy sposób, nie dbał o to, że Morfeusz i Kein wykorzystują jego muskuły do realizacji swoich dalekosiężnych planów. Żył dniem dzisiejszym, bawił się, ale gdzieś w głębi jego duszy panowała pustka – od czasu, gdy w drużynie nie było najbliższego mu kompana (Saverloota), z którym w przeszłości robili masę zwariowanych rzeczy. Morfeusz zaś – co potwierdza przebieg spotkania z Greją (opisany poniżej), nie dbał już o jedność drużyny i nie ufał jej bezgranicznie. Miał swój, obrany przed wieloma laty cel i na nim w całości się koncentrował. W oczach Mruka dla tej grupy adeptów był to początek końca. Pytanie tylko, na ile koniec drużyny był bliski?

Droga do Vrontok zajęła drużynie zaledwie kilka godzin. Był to dość ponury dzień, lekko siąpił deszcz. Sprawiło to, że miasteczko wzniesione w cieniu Powietrznej Przystani wydało się drużynie jeszcze bardziej brudne i ponure, niż było w istocie.

Nie tracąc czasu, skierowali swe kroki do gospody, o której Arebell wspomniała w liście. Była to cuchnąca, zatłoczona speluna. Wewnątrz zastali Grega, odzianego w cywilne szaty. Theraninowi nie spodobała się nowa twarz w grupie. Na szczęście jednak nie trzeba było specjalnie długo debatować, by zgodził się, żeby Mruk udał się na platformę wraz z kompanami.

Nie minęło wiele czasu, a drużyna miała okazję na własne oczy z bliska przyjrzeć się imponującej budowli, jaką jest Powietrzna Przystań. Na platformę dostali się za pośrednictwem windy powietrznej. Tam zobaczyli mnóstwo therańskich żołnierzy, cywilów… i Arebell we własnej osobie.

Zarówno drużyna jak i wojowniczka, nie mieli specjalnie ochoty na rozmowy i wyjaśnienia. Wszyscy chcieli mieć już ten uciążliwy epizod za sobą. Odnaleźć odpowiedniego przywódcę orków i na zawsze pozbyć się klątwy. W końcu jednak do rozmowy musiało dojść. Arebell zdobyła już sporo informacji o klanie nomadów i szukanym przywódcy, część informacji musiała jednak zweryfikować po dotarciu do Jerris. Było to jej rodzinne miasto, twierdziła że ma tam masę kontaktów, a więc niedługo po dotarciu do osady zgromadzi wszystkie potrzebne namiary, by mieć absolutną pewność, o którego z przywódców niezliczonych orkowych klanów chodzi.

Tym oto sposobem, po raz drugi drużyna stanęła na pokładzie therańskiego statku powietrznego. Celem jego kursu było miasto Iopos. Cel drużyny – Jerris, był w połowie drogi. Rejs nie trwał długo, przed zmrokiem okręt obniżył lot i drużyna wraz z Arebell znalazła się pół godziny marszu od miasta. Niedługo później zmierzający do Iopos powietrzny okręt zniknął adeptom z oczu.

Miasto nie zrobiło na drużynie dobrego wrażenia. Irytujący, wszędobylski czerwony był, mało wylewni mieszkańcy, miejsce nie specjalnie urokliwe. Jedynie stocznia powietrznych okrętów wydawała się być godnym uwagi obiektem. Arebell znała tu każdy kąt. Zaprowadziła drużynę do gospody „U Bernadety”, prowadzonej przez strasznie grubą orczycę z wielkim nochalem. Było to miejsce nie przesadnie komfortowe i czyste, ale dość spokojne. Posiłki Bernadety zaś, mimo iż proste, były bardzo smaczne.

Dziewczyna szybko ruszyła załatwiać swoje sprawy, w tym czasie drużyna miała trochę czasu na odpoczynek i zabawę. Arebell zdołała także zorganizować Morfeuszowi wizytę w stoczni, by mógł na własne oczy z bliska przyjrzeć się pracom z esencją żywiołu powietrza. Było to dla adepta bardzo interesujące.

Wracając później, samotnie do gospody, elf usłyszał za swoimi plecami kobiecy głos: „Morfeusz, ty tutaj? Duch Hogana Białego cię strzeże, ile spośród opowieści o tobie i twych towarzyszach jest prawdziwych?”. Był to nikt inny, tylko Greja we własnej osobie, siostra Morfeusza, którą ostatni raz widział opuszczając wraz z Venomem rodzinne strony. Okazało się, że elfka podróżuje po Barsawii niewiele krócej. Na krótko zabawiła do Kratas, jej drużyna w obecnym składzie uformowała się w Wielkim Targu. Potem spędziła niedługi czas w Throalu – okres bardzo owocny jeżeli chodzi o jej (i Morfeusza) poszukiwania wiedzy, potrzebnej do osiągnięcia najważniejszego celu (uzdrowienia Krwawej Puszczy). Potem miała trochę przygód w okolicach jeziora Vors i Gór Skolskich. Obecnie wraz z kompanami trafiła do Jerris, zmierzając do Vivane.

Po dłuższej rozmowie okazało się, że Greja przystąpiła do organizacji Poszukiwaczy Serca. Zdobyła informacje, że niedługo w Vivane pojawi się (o ile już się nie pojawił) ktoś, kto posiada „Wiecznie Żywy Kwiat”. Celem Greji było zdobycie tego klejnotu i dostarczenie go na najbliższe spotkanie Poszukiwaczy Serca. „To jest realna szansa na osiągnięcie naszego największego, życiowego celu Morfeuszu!” – zakończyła swoją wypowiedź, nie kryjąc podniecenia. Morfeusz bez wahania opowiedział o swoim pobycie w Vivane i tym, co z tego pobytu wyniknęło. Wyraźnie bardziej ufał swojej siostrze, niż kompanom z którymi podróżował od dłuższego czasu. Gdy Greja dowiedziała się, że Wiecznie Żywy Kwiat jest w posiadaniu jej brata, ogromne zaskoczenie szybko przerodziło się w euforię: „Nie możesz działać w pojedynkę, to cię przerasta. To przerasta nas oboje! Przystąp do naszej organizacji, zrób to!”. Morfeusz obiecał, że gdy jego kompanii załatwią sprawy w Jerris (nieszczęsna klątwa, której akurat Morfeusz nie był ofiarą), przekona ich do podróży na spotkanie Poszukiwaczy Serca. Miało do niego dojść w Iopos podczas Dni Ziemi w środku roku. Wtedy Morfeusz miał przekazać Wiecznie Żywy Kwiat samej Monus (szefowej organizacji) i wraz z siostrą spełnić życiowe marzenie. Wraz z Monus dokonać czynu, który wstrząśnie całą Barsawią. Wyzwolenie Krwawej Puszczy z cierni, prawdziwa Smocza Puszcza znów na mapie prowincji, czy to możliwe?

Uradowane niespodziewanym spotkaniem, rodzeństwo skierowało swoje kroki do gospody „U Bernadety” – bowiem, jak się okazało ich kompani zatrzymali się w tym samym miejscu. Jak się niebawem przekonali, ich drużyny już się zdążyły ze sobą zapoznać…