Dziennik I kampanii: cz.16. Bitwa u podnóży Tylonów

To był upalny dzień. Drużyna zasiliła szeregi Kościanych Włóczni, by stanąć naprzeciw wrogiej armii u południowych podnóży Gór Tylońskich. Liczna, ale słabo zorganizowana, bez dyscypliny i porządnego uzbrojenia horda orczych wojowników, wspierana przez nieliczną kawalerię i naszych adeptów. Po drugiej stronie uzbrojona po zęby piechota Throalu, najęta doświadczona kawaleria i trochę zbieraniny z okolicznych nomadów.

Nikt nie miał wątpliwości, że będzie to trudna przeprawa, ale początek bitwy był dla Kościanych Włóczni prawdziwym koszmarem. Ogarnięci szałem orkowie z obu stron ruszyli do ataku, gdy odezwały się kusze w rękach throalczyków. Strzały krasnoludów były niezwykle precyzyjne, w rezultacie dość bezsensowny, spontaniczny wypad orków Kościanych Włóczni, zdziesiątkował ich szeregi. Na samym początku bitwy nasi bohaterowie stracili wielu dzielnych wojowników.

W wyrównanej, krwawej batalii starła się kawaleria, grzmotorożce Kościanych Włóczni dowodziły swojej użyteczności na polu bitwy, po stronie najemników było wiele ofiar. Ostatecznie jednak znaczna przewaga liczebna okazała się decydującym czynnikiem. Kawaleria Kościanych Włóczni musiała ustąpić setce najemnych jeźdźców.

Drużyna w tym czasie zaangażowana była w walkę w innym miejscu. W ciężkiej, krwawej walce dawali radę utrzymywać pozycje, walcząc u boku pozostałych przy życiu wojowników klanu. Było wiele ofiar po obu stronach. Na szczęście dla naszych adeptów, ogarnięci narkotykowym szałem, najtwardsi z wojowników Kościanych Włóczni bez trudu powstrzymali szarżę pozostałych najemnych jeźdźców. Kto wie, czy nie byłby to kluczowy moment bitwy, bowiem od tego momentu nieprzyjaciel zaczął ustępować wspieranym przez naszych adeptów wojownikom.

Po drugiej stronie pola bitwy weterani klanu z przywódcą plemienia na czele radzili sobie wręcz doskonale. Odnieśli nieznaczne straty dziesiątkując nieprzyjaciela. Los bitwy wydawał się przesądzony.

Wtedy zaczęły się kłopoty. Zupełnie nie wiadomo skąd pojawiło się stu pięćdziesięciu konnych (głównie orki i elfy, trochę ludzi). Grupa ta uderzyła w szeregi nomadów wspieranych przez naszą drużynę adeptów. Taki niespodziewany atak trudno było odeprzeć, jedyną nadzieją było wsparcie prowadzonych przez wodza weteranów klanu. Nadzieja ta jednak bardzo szybko prysła.

Zza wzgórza wyłonił się powietrzny okręt. Na pędzących z odsieczą wojowników padł cień potężnej, przerażającej jednostki. Chwilę później ogłuszająca eksplozja wstrząsnęła polem bitwy. Potworna salwa z ognistych dział odebrała Kościanym Włóczniom resztki nadziei. Totalny chaos, przerażenie wśród resztek pozostałych przy życiu, agonalne jęki umierających. Nasi adepci, ciężko poranieni,  stracili siebie z linii wzroku.  Walczyli jednak tak długo, jak pozwalały im resztki sił. Do upadłego, świadomi przegranej bitwy.

Ostatnie, co zdołali zauważyć przed utratą przytomności, to znajoma postać dająca sygnał throalczykom, by nie pozwolić niedobitkom Kościanych Włóczni na ucieczkę. Był to starzec wydający rozkazy grupie jeźdźców, która wraz z powietrznym okrętem pojawiła się w ostatnim etapie bitwy. Był to słynny adept, z którym nasi bohaterowie spotkali się już dawno temu. Władca Kratas i żywa legenda Barsawii – Garlthik Jednooki.