O dwóch ostatnich sesjach i Falkonie 2010

Listopad zleciał nie wiadomo kiedy. Miałem bardzo gorący okres w pracy (w sumie to dalej mam i utrzyma się to najprawdopodobniej do końca roku), przez co prawie zapomniałem o istnieniu tego serwisu. Na szczęście na Earthdawna czasu nam nie zabrakło :)

W ubiegłym miesiącu dwie notki poświęciłem EDHexowi, czyli modularnej planszy do budowy scenerii, z użyciem której można figurkami rozgrywać walki podczas sesji. Pod koniec października po raz pierwszy użyliśmy ich, testując mechaniczne rozwiązania trzeciej edycji Earthdawna dotyczące przeprowadzania walk na heksagonalnej siatce. Co się okazało? To działa i to zdecydowanie lepiej niż się spodziewaliśmy! Walka stanowiła kulminacyjny punkt sesji, sceneria była dość widowiskowa: strome urwisko, dużo naturalnych osłon, taktyczne zajmowanie pozycji przez drużynę, która zakradła się do therańskiego obozowiska. W finale ucieczka drakkarem z „miejsca zbrodni”. Bardzo fajnie to wyszło.

Ustawienie wszystkiego na heksagonalnej siatce samo z siebie nakręca dramaturgię towarzyszącą zbrojnej konfrontacji. Wiele ciekawych sytuacji rodzi się samych, MG nie musi się dodatkowo wysilać: tutaj wrogowie otaczają kompana, odcinając mu drogę ucieczki, tam jeden wyrwał się i biegnie w kierunku drużynowego snajpera, gdzie indziej kumpel jest w niezłych opałach, ale strzelanie do atakujących go wrogów jest z tej pozycji zbyt ryzykowne… i tak dalej i tak dalej. Gorąco polecam spróbować!

W listopadzie poprowadziłem kolejną sesję – podczas jednej z nocy lubelskiego konwentu Falkon 2010, czy jak ktoś woli Cyberfalkon, bo taką nazwę i cyberpunkową konwencję teoretycznie impreza przyjęła w tym roku. Moi gracze dopisali dokładnie w 120 procentach (stawili się wszyscy z obecnej i jeden z dawnej ekipy), a więc miałem sześciu graczy: Acid, de99ial,  Hary, Jasiu, Pyza i Total. Było więc dość tłoczno, ale całkiem fajnie. Tym razem walki na heksach nie było, bo w ogóle walki podczas tej sesji nie było. Nie przeszkadzało to drużynie narobić sobie ogromnych kłopotów w Urupie z których prawdopodobnie długo się nie wygrzebią. Narobili sobie mnóstwo wrogów i mnóstwo długów, do tego jeden z nich został aresztowany. No ale nie ma co się rozpisywać w tym temacie – na opis tego momentu kampanii przyjdzie jeszcze pora.

Co do samego Falkonu – ciężko mi szerzej relacjonować tą imprezę. Pojawiamy się na niej co roku od początku jej istnienia, bywały mniej lub bardziej udane, ale generalnie zawsze wracaliśmy zadowoleni. Od wielu lat w zasadzie nie chodzimy na prelekcje (ileż można gadać o tym samym w kółko;) ), ani na konkursy (nikt już nie robi earthdawnowych, które mógłbym wygrać;) ). W Falkonie jak zawsze kluczowy jest wymiar towarzyski, okazja do spotkania całej masy osób, do tego zawsze jest czas by pograć w różne rzeczy. Tak również było w tym roku.

Jak już wspominałem, udało się połupać w Earthdawna, z erpegów tym razem nic poza tym (nasza świeżo stworzona drużyna do WFRP3 dalej grzecznie czeka na pierwszą przygodę…). Poza tym konwent bardzo udany jak dla mnie pod względem planszówkowym: sporo pograliśmy w D&D: Castle Ravenloft (zapraszam do mojej recenzji w listopadowym Rebel Timesie) oraz w Defenders of the Realm (recenzja będzie w grudniowym Rebel Timesie). Znalazł się także czas na moją ulubioną grę planszową, czyli oczywiście Space Hulka.

Ludzie trochę marudzili na tegoroczny Falkon: że program do dupy, że organizacja na nic i tak dalej. Programu oceniać mi nie wypada, mało mnie on zresztą obchodzi. Organizacyjnie parę rzeczy mi się spodobało, parę nie.

fajnie, że:

  • był porządny gamesroom, dużo gier, fachowa obsługa i przede wszystkim dużo miejsca na granie. Ja akurat zwiozłem swoje gry, ale chwali się to, że ani razu nie było problemu z miejscem na rozłożenie się (a dwa zestawy SpaceHulka wymagały miejsca sporo…)
  • było przyzwoite zaplecze garstronomiczne
  • jak zwykle biegali po imprezie dziwni ludzie (emokidy o trudnej (przynajmniej dla mnie) do zidentyfikowania płci, jacyś kolesie z twarzami owiniętymi folią aluminiową i małolaty z cyckami na wierzchu)

niefajnie że:

  • konwent odbywał się w dwóch, odległych od siebie szkołach (osobiście odwiedziłem tylko Wyspę)
  • chwilami bywało dość ciasno
  • kiepsko rozwiązana była akredytacja i tradycyjne jaja z informatorami

Ogólnie imprezę i tak lubię i polecam. Czasami to jedyna okazja w ciągu roku, by spotkać znajomych, którzy mieszkają rzut beretem od ciebie, czasami spotyka się dawnych przyjaciół, których nie widziało się długie lata. Zawsze jest to dobra okazja do fajnej zabawy, pogrania w różne rzeczy i wypicia czegoś tam. Acha.. no i wygrałem książkę w jednym konkursie (na facebookowej tablicy konwentu) :-)

Tyle na dzisiaj. Plany na następne wpisy w niedługim czasie SĄ (nawet całkiem ambitne;] ). I nie napiszę o nich nic więcej, żeby się nie okazało, że znowu niewiele z planów wynikło;-)